Igrzyska zastąpiły Chińczykom krwawego Mao

Władze dbają, żeby prawdziwe oblicze Pekinu nie było dostępne dla cudzoziemców. Przy hotelu szefa MKOl nawet ulica jest niedostępna.
Dziś kilka miliardów ludzi na całym świecie ujrzy piękny, wypucowany, rozśpiewany i uśmiechnięty Pekin. Zobaczy Chiny jako krainę powszechnego szczęścia i bogactwa, które dostepne jest dla każdego. Dziś cały świat zobaczy jednak zupełnie inny Pekin niż jest w rzeczywistości.

Gdy przyjrzeć się dokładniej, można zobaczyć rzeczy, którymi władza nie chce się chwalić. Wystarczy poszukać tego, czego nie powinno być widać. I czego z pewnością nie zobaczy - bo nie chce widzieć - szef Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego Jacques Rogge. Pan i władca igrzysk na swój pałac wybrał bodaj najbardziej luksusowy hotel w Pekinie - Raffles. Od prawdziwego świata dzieli go pozłacana tapeta, gruba ściana, zasieki i armia policjantów.

Nie można nawet przejść tą samą stroną ulicy, przy której mieszka świta pana Rogge?a. Można jednak pospacerować sobie kawałek dalej i skręcić w małą niepozorną uliczkę, która z zewnątrz wygląda jak furtka do targowiska z byle czym. I faktycznie na straganach stoją figurki Mao Zedonga (krwawe żniwo jego rządów to blisko 200 mln istnień ludzkich). Gdy byłem w Pekinie pół roku temu, Mao był wszędzie. Dziś zastąpiły go kolorowe maskotki igrzysk. Wróci jednak po igrzyskach.

Na targu, na który nie pójdzie Rogge, kręci się masa ludzi. Można tu kupić robaki smażone w głębokim oleju. Cztery nabite na patyk kosztują 10 juanów. Wyglądają jak karaluchy i są bardzo pikantne. Trochę smaczniejsze są skorpiony. Nabijane na patyk wiją się i próbują wbić kolec z jadem w palec kucharza. Dwie minuty później chrzęszczą między moimi zębami. Nie polecam. Świat zza płotu ma inny wymiar - trochę jakby igrzysk w ogóle tu nie było.

Pekińska rzeczywistość rzuca się w oczy tuż za rogiem. Wielki, przeraźliwie brzydki parking na limuzyny dla świty MKOl ukryty jest za wysokim płotem owiniętym szczelnie plastikowymi plakatami. Płot uśmiecha się twarzami młodych ludzi. Mami mottem: "Jeden świat, jedno marzenie".

Takich płotów w Pekinie są setki, a może tysiące. Obskurny dom na potencjalnej trasie przejazdu Jacquesa Rogge'a jak za pomocą czapki niewidki znika za idyllicznym obrazem wydrukowanym na olbrzymiej folii. Wykopy - za płot. Targ - pod plandekę. Żebrak - won z miasta. Przed igrzyskami władze wyrzuciły z Pekinu bezdomnych, ludzi bez stałego meldunku, żyjących w skrajnej nędzy.

Rano robię kilkukilometrową rundę ulicami dzielnicy Haidian. Niewiele tu błyszczy, przez stare zdezelowane rowery można zrobić sobie bieg przez płotki. Ale nawet tu to co najbrzydsze jest szczelnie zawinięte. A to już 20 km od stadionu olimpijskiego.

- To igrzyska dla bogatych zbudowane rękami nędzarzy - można było usłyszeć w Pekinie jeszcze sześć miesięcy temu. Dziś panuje jednomyślność. Ci, którzy zostali w mieście, zgodnie kochają igrzyska. Są czarujące, nierealne, takie jak powinno być chińskie przedstawienie.

Nawet na placu Tiananmen stoją wielkie rzeźby kwiatowe. W czwartek rano ustawiano na nim coś, co przypomina katiuszę. To wyrzutnie fajerwerków. Każdej pilnuje policjant. Policjanta obserwuje z daleka szef, a wszystkich oko kamery. Na każdej latarni ustawionej na placu wisi ich kilka. Są połączone w wielki system monitoringu. Komputery zapamiętują twarze, jeśli chcą ustalić miejsce raz sfilmowanego delikwenta, znajdą go w innym miejscu, gdzie sięga obiektyw. A tu kamery są wszędzie.

Oficjalnie nad bezpieczeństwem Pekinu czuwa 110 tys. policjantów i pracowników ochrony. Tak twierdzi pan Liu. On odpowiada za udzielanie informacji na temat bezpieczeństwa. Ale tu ma się wrażenie, że - jak w piosence Wojciecha Młynarskiego - "na jednego mieszkańca jeden szeryf przypada." Nie chodzi wcale o policję, która jest dyskretna. Do widoku opancerzonych ludzi z długą bronią można przywyknąć. Ale trudno zaakceptować tę całą armię kontrolerów.

Z placu Niebiańskiego Spokoju do centrum olimpijskiego postanowiłem dotrzeć metrem. Już w okolicach placu byłem kontrolowany kilka razy. Wystarczy się zatrzymać, by podszedł miły człowiek w koszulce igrzysk i zapytał: "Can I help you?". To przypadek, że podszedł do człowieka z dużym plecakiem i aparatem? Chyba nie chodzi o to, że może naprawdę pomóc. Wielu z nich po angielsku zna jeszcze tylko jedno słowo: "hello". Chodzi o wrażenie, że nie jest się pozostawionym samemu sobie. To przekonanie pogłębiło się, gdy fotografowałem biednie ubranego człowieka zbierającego butelki. Może to przypadek, ale przez następne kilkaset metrów towarzyszył mi policyjny samochód. Fryderyk Beigbeder w jednej z książek zawarł taką myśl: nagromadzenie zbiegów okoliczności kładzie kres złudzeniu istnienia przypadku.

Organizatorzy igrzysk nie chcą niczego pozostawić przypadkowi. Brzydkie opakowali w ładne, podejrzanych kontrolują, posłusznych angażują do kontrolowania. Budowle olimpijskie postawili na miejscu wiosek i biednych dzielnic, ale i to potrafili przekuć w sukces propagandowy. Dziś pokazują wysiedlonych staruszków, którzy przyjeżdżają spod Pekinu, by zobaczyć olimpijski stadion, i z dumą kiwają głowami.

źródło: polskatimes.pl

Wróc na forum lub do strony głównej